Leczenie-raka.pl
Aktualności
Peruwiańskie zioła
o. Edmund Szeliga
Opracowania
Jak kupić zioła
Groch z kapustą
Dieta dla zuchwałych
Najprostszy sposób na raka
Inne diety
Dieta chorego
GMO - Nasiona dla naiwnych
Lista E Smakołyki
Dyplomy doktora
Konsultacje lekarskie
Doktor w dżungli
Kontakt
Mapa serwisu
 
Złoty Krąg Reklamowy
Milion Team

Zamów biuletyn BIK gdzie znajdziesz ciekawe informacje na temat zdrowia.
Zamawiam Biuletyn>>>





  Aktualności
Wewnętrzni cudotwórcy
21.05.2008




Wewnętrzni cudotwórcy.
Autor: Victor-M. Amela

Dzięki chorobie nowotworowej swego ojca Stella Maris Maruso dowiedziała się, jak pomagać tysiącom pacjentów. Działa w Fundación Salud (Fundacji Zdrowia) (www.fundacionsalud.org.ar) w Argentynie, jest ceniona przez najlepszych naukowców, zapraszana do udziału w seminariach na temat uzdrawiania duchowego na wydziale medycyny Uniwersytetu Harvarda. Tu, w Europie, jej teorie brzmią trochę dziwacznie, ale pani Maruso zapewnia, że przyszedł czas na nowy paradygmat medyczny: pacjent nie będzie już postrzegany jak zepsuta maszyna, którą trzeba naprawić lub pozostawić własnemu losowi. Ta pełna entuzjazmu uczona tłumaczy, że wszystko, co czujemy i myślimy, ma wpływ na nasze zdrowie. Przekonuje, że możemy nauczyć się świadomie wpływać na nasze emocje.

Stella Maris Maruso: Mam 55 lat. Urodziłam się w Buenos Aires i tam mieszkam. Zajmuję się nauczaniem ludzi przechodzących poważne kryzysy. Jestem zamężna, wychowałam czworo dzieci. Poglądy polityczne? Staram się po prostu pomagać ludziom żyć pełnią życia aż do ostatniej chwili. Bóg? Nie jestem religijna, wierzę raczej w duchowość: doświadczanie stanów transcendentalnych działa na mnie uzdrawiająco.

La Vanguardia: Ilu miała pani pacjentów?

W ciągu ostatnich 30 lat było ich prawie 30 tys. Cierpieli na różnego rodzaju choroby, na nowotwory ...

W jaki sposób im pani pomaga?

Nie jestem w stanie zapobiec śmierci, ale próbuję poprawić jakość życia chorych i sprawić, aby umierali dobrą śmiercią.

Co to znaczy „dobra śmierć”?

Chodzi mi o to, aby chorzy żyli intensywnie, pełnią życia aż do ostatniej chwili. Żyć lepiej to wcale nie znaczy żyć dłużej, ale cieszyć się z tego, że się jest tu i teraz.

Czy te osoby nie cieszyły się życiem, zanim zachorowały?

Wielu ludzi uważa, że to dzięki rakowi nauczyli się cieszyć życiem, dowiedzieli się po prostu, jak żyć. Choroba często jest okazją do wewnętrznego rozwoju i wzbogacenia.

Lepiej jednak nie mieć takiej okazji.

Ale takie rzeczy się zdarzają. Cierpienie dotyka każdego, trzeba to sobie uświadomić. Powinniśmy już od dziecka uczyć się, że umieranie jest częścią życia, a wszystkie przeciwności losu należy traktować jako okazję do wewnętrznego zahartowania.

Nikt nas tego nie uczy, to prawda.

Jeśli nie umiemy panować nad naszym umysłem, pozwalamy, aby to on nad nami panował. To błąd: umysł jest zbyt szalony, aby powierzyć mu nasze życie! Możemy dać mu pewną kontrolę nad naszymi interesami, ale nie nad życiem.

Dlaczego?

Nasz umysł reaguje jedynie na stany wyjątkowego pobudzenia, euforii, nie pozwala nam cieszyć się życiem na co dzień. Lekarze twierdzą, że cierpimy obecnie na „syndrom braku zadowolenia”. Nie umiemy cieszyć się tym, co przynosi nam życie. (…)

Nasze samopoczucie w 10 procentach zależy od wydarzeń zewnętrznych, a w pozostałych 90 procentach od tego, jak reagujemy na te wydarzenia. Oczywiście wszystko zależy od naszego podejścia. Jaka zatem powinna być nasza postawa?

Powinniśmy przyjmować z zachwytem wszystko to, co przynosi nam życie,

Cokolwiek by to było?

Tak. Psychiatrzy obserwują, że coraz więcej osób cierpi dziś na nerwicę neogenną: przejawia się ona brakiem odpowiedzialności i obniżonym poczuciem sensu własnego istnienia.

Rzeczywiście, kiepska sprawa.

To prawda. Ale awangardowi naukowcy mają dla nas dobre wiadomości: sięgając do swego wnętrza możemy uzyskać wszystko, czego potrzebujemy. Możemy sami produkować różne endogenne substancje przeciwbólowe, poprawiające nastrój... Możemy sami się wyleczyć!

Bez udziału medycyny?

Nazywam to trzecią rewolucją w medycynie: po chirurgii i antybiotykach nadchodzi epoka psychoneuroendokrynoimmunologii.

Nawet nie jestem pewien, czy byłbym w stanie powtórzyć to słowo…

Określa dziedzinę nauki, która łączy w sobie psychologię i biologię. Powstała po trzydziestu latach badań prowadzonych przez takich wybitnych specjalistów jak Carl Simonton, Robert Ader, Stanley Krippner...

Na czym polega ta metoda?

Na synchronizacji centralnego i obwodowego układu nerwowego, układu hormonalnego i immunologicznego. Mówiąc w dużym uproszczeniu, nasze emocje wpływają bezpośrednio na naszą odporność.

Czy to oznacza, że emocje mogą doprowadzić do tego, że zachoruję?

Lęk przed nieznanym, strach, rozpacz, wyrzuty sumienia, złość... Każda z emocji ma swoją własną biochemię. Może być trująca, może osłabić nasz układ odpornościowy.

Z dnia na dzień?

Zdrowie to nie jest jakiś trwały stan, to proces, bardzo dynamiczny. Dlatego też zawsze możemy je wzmocnić poprzez pracę nad naszymi emocjami.

Czy właśnie nad tym pracuje pani ze swymi pacjentami?

Tak. Wśród moich pacjentów są zwyczajni ludzie, o ustalonych przekonaniach, a także osoby zupełnie niezwykłe, które generują przekonania mające moc uzdrowicielską.

Jeśli uwierzymy, że możemy wyzdrowieć, to rzeczywiście wyzdrowiejemy?

Swego czasu głośna była historia pewnego eksperymentu: czterdziestu kobietom chorym na raka piersi lekarz zapowiedział, że po chemioterapii wypadną im włosy. Podał jednak chemię tylko dwudziestu pacjentkom, a pozostałym powiedział jedynie, że dostały te środki...

Niech mi pani nie mówi, że...

Właśnie, pacjentki z drugiej grupy w 60 procentach straciły włosy, tak samo jak te, którym rzeczywiście podano chemię. Co tak silnie wpłynęło na wewnętrzną biochemię tych kobiet? Ich własne przekonania!

Wywołane przez lekarza.

To dowód na to, jak ogromną ma on władzę. Może swoją postawą stymulować samouzdrawiające zdolności pacjenta. Jeden z moich synów jest lekarzem: do niego i do wszystkich pozostałych zwracam się z gorącą prośbą, aby nigdy nie mówili pacjentowi, że jego choroba jest nieuleczalna. To największy grzech, jaki może popełnić lekarz.

Jednak zdarzają się diagnozy, po których można się załamać.

Taka diagnoza to wyrok: zabija częściej niż rak. Oczywiście trzeba przyjąć do wiadomości informację o chorobie, ale nigdy nie akceptujmy złych rokowań! Przenigdy! Jeśli porzucamy nadzieję na wyzdrowienie i przestajemy walczyć o własne zdrowie, uruchamiamy endogenny proces samobójczy.

Ale czy aby na pewno należy rozbudzać fałszywe nadzieje?

Dlaczego fałszywe? U mojego ojca stwierdzono raka prostaty z przerzutami do wątroby, lekarze dawali mu tylko trzy miesiące życia... Zaczęliśmy pracować razem pielęgnując pozytywne emocje, stosując relaksację, medytację, właściwe odżywianie i po roku mój ojciec nie miał już żadnych komórek nowotworowych. Przeżył jeszcze 18 lat.

Co na to powiedział jego lekarz?

Stwierdził, że to cud. Spontaniczna remisja. Wtedy właśnie zdecydowałam się zamknąć moją firmę i zaczęłam pomagać innym ludziom w taki sam sposób, w jaki pomogłam ojcu. I dziś sama doświadczam takich cudów: często obserwuję remisję choroby u pacjentów, którzy otworzyli się na uzdrawiające siły, na siły życia.

Jak to zrobili?

Uświadomili sobie, że choroba wzbogaca ich życie, a śmierć sama w sobie nie jest karą. Dostrzegli, co jest dla nich naprawdę ważne, i poddali się życiu z miłością i ufnością. Uciekli od swego umysłu i skupili się na swoich uczuciach: zaczęli śmiać się, płakać... Przeżyli zdumiewającą przemianę, doświadczyli stanów transcendentnych.

Co pani rozumie przez stany transcendentne?

Uwolnienie od własnej przeszłości i lęku przed przyszłością. W tym bardzo przydaje się medytacja. To z kolei zmienia naszą biochemię: jesteśmy wyleczeni, żyjemy. Nie wiadomo, jak długo jeszcze, ale żyjemy.

Żródło: http://portalwiedzy.onet.pl/4868,11116,1488108,1,czasopisma.html